Wywiad z prof. dr hal. Andrzejem Hennelem

Ewa Świerzbowska-Kowalik: Jak doszło do utworzenia Indywidualnych Studiów Matematyczno-Przyrodniczych na Uniwersytecie Warszawskim? Jaka jest ich geneza? Dlaczego powstały?

Andrzej Hennel: Przed czterema laty rektor UW, prof. dr hab. Andrzej K. Wróblewski, powołał Komisję ds. Reformy Uczelni. Mieliśmy przygotować propozycje reformy Uniwersytetu z racji zdecydowanie większych możliwości, jakie dawała szkołom wyższym nowa ustawa. Ta propozycja ukształtowała się w postaci projektu stworzenia w obrębie uczelni szkół skupiających pokrewne dyscypliny wiedzy. Najbardziej skrajne były opinie, że student nie powinien rozpoczynać swej nauki uniwersyteckiej od mniejszych jednostek uczelni: wydziałów czy instytutów. Powinien być po prostu studentem Uniwersytetu Warszawskiego. Tę najdalej idącą propozycję uznaliśmy za całkowicie nierealną pod względem praktycznym i zaproponowaliśmy koncepcję utworzenia Szkół skupiających pokrewne dyscypliny. Jako pierwsza, mająca najbardziej klarowną wizję, jawiła się nam Szkoła Nauk Przyrodniczych.

Idea była taka, że student byłby przyjmowany do owej Szkoły na podstawie egzaminu wstępnego prowadzonego przy współudziale pracowników skonfederowanych wydziałów, a następnie mógłby wybrać gotowe „menu”, proponowane i przygotowane np. przez Wydział Chemii, albo przystąpić do konstruowania swojego własnego programu, obejmującego przedmioty różnych wydziałów lub kierunków studiów.

Opracowany projekt przedstawiliśmy radom wydziałów: niestety, reakcje były różne. Było dużo głosów przychylnych, ale także zaskakująco wiele opinii niesłychanie ostro przeciwnych. Byłem wręcz zaskoczony, że ci, którym projekt się podobał, od razu wiedzieli, o co chodzi, rozumieli ideę tego sposobu studiowania, natomiast inni, którym projekt się nie podobał, konsekwentnie nie chcieli go zrozumieć.

-Jakie były argumenty przeciwników?

– Wszelkie. Generalnie argumenty i uwagi sprowadzały się do tego, że „jest tak dobrze, więc po co zmieniać”, ponadto wielu oponentów obawiało się, że jeżeli zacznie się dawać studentom prawo wyboru, znajdą się też przedmioty, zajęcia, wykłady, które nie będą wybierane. Większość przeciwników przewidywała taką właśnie sytuację, wiele osób poczuło zagrożenie. Co ciekawe, na biologii przeciwko projektowi występowali niekiedy również studenci, którzy uważali, że oni zdawali trudne egzaminy, a tu pojawią się konkurenci, którzy znacznie łatwiej mogą osiągnąć to, na co oni musieli usilnie pracować.

Środowisko zaczęło dyskutować, co było korzystne, zarazem jednak stało się jasne, że nie ma szans na uzyskanie consensusu. Parę wydziałów było skłonnych przystąpić do tworzenia studiów zgodnie z nową koncepcją, kilka nie, i w sumie projekt został odłożony na półkę, jako reforma zbyt gwałtowna. Szkoda, bo sądzę, że w tamtym czasie ludzie mieli więcej entuzjazmu do wprowadzania zmian niż dziś. Doszedłem wówczas do wniosku (zresztą w toczonej wtedy dyskusji inne osoby zainteresowane zmianami także formułowały podobne przekonania), że sposobem przekonania oponentów, który byłby pomocny w zrealizowaniu projektu, może być stworzenie pewnego rodzaju „laboratorium”, wprowadzenie zmian początkowo w niewielkim zakresie.

Złożyłem więc na ręce rektora projekt, który następnie zaakceptowali dziekani i Senat, przewidujący stworzenie niewielkiej, dwudziesto-trąrdziestoosobowej grupy, która studiowałaby według swobodnego programu, swobodnego działania w ramach, jak wtedy się mówiło, sześciu wydziałów matematyczno-przyrodniczych: biologii, chemii, geografii, geologii, matematyki i fizyki. Na posiedzeniu Senatu do udziału w przedsięwzięciu zgłosił akces Wydział Psychologii, jako siódmy. Ku mojej radości, zostało to zaakceptowane w Senacie i można było rozpoczynać organizowanie takich studiów. Wydaje mi się, iż w akceptacji tej idei przez dziekanów oraz Senat szczególnie pomogła ograniczona wielkość naszych studiów – grupa dwudziestu-trzydziestu studentów stwarzała wrażenie, że to taka niewiele znacząca „pchełka”. Powstanie Szkoły ogłosiłem w prasie, m.in. w „Wiedzy i Życiu”, uważając, że nasi potencjalni studenci, to czytelnicy tego czasopisma. I zaczęła się rzecz niesłychana – pojawiły się tłumy chętnych kandydatów oraz ich rodziców. Mój telefon zaczął się urywać. Okazało się, że pomysł bardzo się podoba, atrakcyjna jest przede wszystkim możliwość wyboru spośród wielu przedmiotów wykładanych na Uniwersytecie. Odbyłem mnóstwo dyskusji, bo każdy chciał wiedzieć, jak to wszystko będzie wyglądać, jakie realne szanse wyboru dają te studia. W toku tych dyskusji i rozmów przekonałem się, że najlepiej oddaje całą sprawę porównanie gastronomiczne: normalny wydział to stołówka, w której wybór dań jest niemożliwy, a studia interdyscyplinarne to restauracja, w której każdy komponuje swoje menu…

-Rzeczywiście, coś w tym jest…

– W pierwszej rekrutacji zgłosiło się trzysta kilkadziesiąt osób, co, przy bardzo skromnej kampanii reklamowej, było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Wyniki egzaminu były tak dobre, że przyjęliśmy trzydzieści kilka osób.

– Czy egzamin był standardowy, taki jak na innych kierunkach studiów?

– Nie. Oczywiście bez egzaminu przyjęliśmy laureatów olimpiad. Dla pozostałych kandydatów przygotowaliśmy egzamin testowy, przy czym każdy kandydat miał prawo wyboru dwóch testów z pięciu proponowanych. Były to testy z matematyki, fizyki, chemii, biologii i geografii. Kandydat wybierał sobie dwa, które rozwiązywał. Następnie, co ciekawe, liczbowe wyniki testów nie były dodawane, ale mnożone przez siebie. Wynikało to z odpowiedzi na kwestię, czy średnia geometryczna jest w tym wypadku lepsza, bardziej prognostyczna niż średnia arytmetyczna. Na podstawie tak przeprowadzonego egzaminu przyjęliśmy trzydzieści kilka osób, które naprawdę świetnie wypadły na egzaminie testowym.

Potem zaczęły się studia. Z początku studenci musieli wszystkim pracowicie tłumaczyć, kim są, skąd się wzięli.

– Pewnie jeszcze trudniejsza byłaby dla nich odpowiedź na pytanie, kim będą w przyszłości.

– Tak, ale to już inna kwestia. Środowisko trochę się przyzwyczaiło, że tacy dziwni studenci chodzą po uczelni. W każdym razie pierwsi studenci Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Matematyczno-Przyrodniczych odegrali bardzo pozytywną rolę w tym sensie, że wielu wątpiących zaczęło się przekonywać do takiej formy studiowania. Na wydziałach nieufnych wobec tego rodzaju innowacji studenci MISMaP zdobyli sobie bardzo dobrą markę. Pracownicy naukowi przekonali się „namacalnie”, że dostarczamy im bardzo dobrych studentów. Ogólnie przychylna dla reform atmosfera pozwoliła nam na znaczne zwiększenie rekrutacji w następnym roku. Liczba kandydatów prawie się podwoiła, było ich około sześciuset, a przyjęliśmy siedemdziesiąt kilka osób. W kolejnym roku mieliśmy ośmiuset kandydatów, przyjęliśmy prawie stu.

Istnieje wszakże pewien problem, bo zawsze mamy kandydatów, którzy zdają na nasze studia i jednocześnie na medycynę lub, rzadziej, na inne kierunki. Tworzymy więc listę rezerwową, która pozwala na uzupełnianie podstawowej listy studentów, jeśli osoby, które dostały się na inne studia i wybrały studiowanie na tamtych kierunkach rezygnują ze studiowania u nas.

W ostatnich latach pogorszyły się warunki materialne osób pracujących na Uniwersytecie, a to zawsze wywołuje pewną niechęć i konserwatyzm wobec reform. Rektor, prof. dr hab. Andrzej K. Wróblewski, przegrał wybory na stanowisko rektora, co nie zmienia faktu, jego następca, prof. dr hab. Włodzimierz Siwiński jest bardzo pozytywnie nastawiony do MISMaP. Postanowiłem jednak, że nie będę znacząco zwiększał rekrutacji, przede wszystkim dlatego, że nie chcę wpędzać studentów MISMaP w kłopoty. W najbardziej radykalnym projekcie można by sobie wyobrażać, że będziemy stale, systematycznie zwiększać liczbę przyjmowanych studentów i płynnie przejdziemy do utworzenia planowanej kiedyś Szkoły. Myślę, że na to jest jeszcze za wcześnie. Musiałoby się coś radykalnie zmienić w szkolnictwie wyższym w Polsce, aby dokonać takich daleko idących, dość radykalnych przeobrażeń. Studia interdyscyplinarne przysparzają nauczycielom akademickim znacznie więcej pracy. Natomiast rok po naszych ruszyły Międzywydziałowe Studia Humanistyczne prof. dr hab. Jerzego Axera, także bardzo popularne wśród kandydatów.

– W tym samym czasie rozpoczęła funkcjonowanie Szkoła Nauk Ścisłych, prowadzona przez kilka instytutów Polskiej Akademii Nauk…

– Tak, tam też występuje element interdyscyplinarny, studenci mają zajęcia z kilku dyscyplin nauk ścisłych. Wielokrotnie pytano mnie o tę Szkolę: zawsze twierdzę, że tego typu konkurencja jest jak najlepszą rzeczą, ze wszech miar wskazaną.

W każdym razie, wydaje się, że MISMaP i szkoła prof. Axera znalazły dla siebie stabilne miejsce w świadomości pracowników uczelni oraz w świadomości społecznej. Nasze studia stały się elitarne choćby dlatego, że kandydatów na nie jest bardzo wieiu, a liczba miejsc jest ciągle nieduża. Młodzież traktuje egzamin na nasze studia jako wyzwanie, a każde wyzwanie jest dla młodych i dobrych kandydatów pociągające. Mamy zatem wciąż bardzo dobrych kandydatów.

– Co można powiedzieć o kandydatach? Czy są do tego stopnia zainteresowani naukami przyrodniczymi, że, wiedząc już w szkole średniej bardzo wiele, nie są w stanie zdecydować się na podjęcie studiów tylko na jednym kierunku, ograniczającym, z natury rzeczy, ich oczekiwania, czy mają sporą wiedzę, ale po prostu nie potrafią wybrać? A może o wyborze tej formy studiów decydują jeszcze jakieś inne motywy?

– Motywy są bardzo różne. Jedna grupa osób motywowana jest przekonaniem, że interesują ją dyscypliny przyrodnicze, ale nie wiedzą jeszcze, co konkretnie może być w przyszłości Ich generalnym zainteresowaniem. Mamy również osoby, które znakomicie wiedzą, o co im chodzi, natomiast MISMaP odpowiada im przede wszystkim dlatego, że mają prawo wyboru. Jest np. silna grupa „genetyków”, którzy radzą sobie wspaniale. Genetyka jest w tej chwili najbardziej obiecującą i interesującą dyscypliną biologii – gdyby ci studenci realizowali normalny program na Wydziale Biologii, byliby skazani na naukę ogromnego materiału opisowego, pamięciowego, typu „kwiatki, listki”, cala botanika. Gdy wybierają MISMaP, mają szansę uczyć się w znacznie większym zakresie chemii, która, z punktu widzenia ich zainteresowań genetyką, jest im bardzo potrzebna. Rezygnują z zajęć z systematyki czy botaniki. Mogą szybciej skupić się na tym, co ich najbardziej interesuje.

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>