Traktowanie wykształcenia jako inwestycji

Otóż w ciągu ostatnich dziesięcioleci rozwinęło się znacznie i upowszechniło podejście badawcze traktujące wykształcenie jako inwestycję, zarówno z perspektywy indywidualnej, jak i całego społeczeństwa i jego gospodarki. W myśl tego podejścia racjonalna jednostka wybiera tak kierunek i poziom wykształcenia, by przeliczając wszystkie poniesione koszty (wliczając czas nauki, wszystkie opłaty za naukę, cenę książek itd.) na przyszłe, antycypowane zarobki, otrzymać jak najwięcej z zainwestowanej w naukę złotówki. Podobnie w przypadku państwa – jeśli przyrost w przeciętnych zarobkach pracowników posiadających wykształcenie podstawowe 1 średnie jest wyższy aniżeli w przypadku podwyższenia wykształcenia średniego na wyższe, wówczas opłaca się inwestować raczej w rozwój szkół średnich niż wyższych. Stosując analizę wykształcenia pod kątem nakładów i zysków z uczenia się (lub nauczania) przyjmuje się, że główna korzyść z lepszego (dłuższego) wykształcenia dla jednostki polega na wyższych zarobkach przez całe życie: dla społeczeństwa – że lepiej (dłużej) kształceni pracownicy są produktywniejsi, zwiększając tym samym dochód narodowy. Pojawia się tu jeszcze jedno założenie właściwe dla gospodarki rynkowej – że wysokość wypłacanych zarobków określająca udział pracy w kosztach produkcji odzwierciedla produktywność pracy. Innymi słowy, że cena pracy odpowiada jej wartości. Nie miejsce tu na wskazywanie wszelkich uproszczeń zarysowanej perspektywy. Jeśli jednak podejście takie1 jest uzasadnione i słuszne, jeśli odbija istotne cechy rzeczywistości, to nie tylko dlatego, że więcej lat nauki zwykle oznacza większe zarobki {nawet w Polsce przed 1989 r.2), ile, że podejście to odzwierciedla modelowo myślenie społeczne. Myślenie, które warunkuje wybór szkoły czy kierunku studiów3. W wielu krajach kandydaci starający się o przyjęcie na uciążliwe i długie studia medyczne lub na wydział prawa czy zarządzania dobrego uniwersytetu dobrze wiedzą, jaki podejmują wysiłek i co przyniesie im dyplom wybranej szkoły. Wartość rynkowa dyplomu staje się więc coraz częściej wskaźnikiem uzdolnień absolwenta, jego przygotowania i kompetencji. Taki wzór tworzy się niezależnie od tego, czy rzeczywiście lepiej opłacany absolwent lepszej szkoły pracuje wydajniej i wytwarza więcej od absolwenta przeciętnej uczelni. jeśli piszę o tym kryterium różnicowania i oceny kierunków i poziomów kształcenia to dlatego, iż sądzę, że ewolucja szkół wyższych w Polsce zmierza w podobnym kierunku. Wartość rynkowa dyplomu czy, dokładniej, lepsze lub gorsze wyobrażenie na ten temat stanie się coraz ważniejszym kryterium oceny kształcenia. Sądzę, że tak się stanie nie dlatego, że tak jest lepiej, albo że takie są założenia reformy czy też intencje MEN, lecz przede wszystkim dlatego, że takie są warunki i mechanizmy, które kształtować będą funkcjonowanie szkół wyższych. Popularność w zeszłym roku szkół biznesu i zarządzania nie brała się stąd, że młodzi ludzie pragnęli poznać lepiej tajniki gospodarki rynkowej (perspektywa akademicka) lecz, że spodziewają się oni – słusznie lub nie – że uzyskane przygotowanie i dyplom zwiększą wydatnie ich szanse na robienie pieniędzy (perspektywa kariery zawodowej). Tak też już zaczynają reklamować się prywatne szkoły biznesu: „nasz dyplom jest najwyżej ceniony przez najlepsze firmy”. Zarysowują się także, jak się zdaje, początki specjalizacji: wydział zarządzania przy SGH zyskuje reputację dającego przygotowanie menedżerskie, zaś – do pewnego stopnia konkurująca z nim prywatna szkoła biznesu w Warszawie – przygotowującej do zakładania prywatnych firm (Heyns, Szczucki 1992).

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>