Mój uniwersytet

Jak mówi dość trafne porzekadło, w Polsce każdy jest lekarzem: można dodać, że także lekarzem edukacji, która w naszym kraju jest chora. Niniejszy tekst może być – niestety – tego przykładem: nie jestem specjalistą ani od socjologii nauki, ani od systemów zarządzania sferą publiczną, nie mam także profesjonalnego wykształcenia pedagogicznego (choć musiałam przejść na studiach nader rozwlekły kurs pedagogiki i dydaktyki). Do wystąpienia w roli znachora odważyłam się dlatego, że w ciągu czterdziestoletniej pracy na Uniwersytecie Warszawskim nabrałam doświadczeń, a licząc także doświadczenia szkolne, na własnej skórze przeżyłam parę reform systemu oświaty i szkolnictwa wyższego. Poczyniłam też trochę obserwacji poza Pofską. Może więc nie tyle jestem znachorem, ile pacjentem, który jest w stanie coś podpowiedzieć lekarzom.

Trzeba zacząć od pytania, czy aby diagnoza jest słuszna: czy nasz system kształcenia jest chory? Jego krytyka trwa od dawna i jest dość jednomyślna, co trudno zlekceważyć. Niektórzy publicyści mają wszakże tendencję do epatowania czytelników i przejaskrawiają dramatyzm sytuacji. Zwłaszcza po egzaminach wstępnych na uczelnie pojawiają się felietony będące rejestrem najbardziej tragikomicznych wypowiedzi kandydatów na studia-swoisty kącik „humoru z zeszytu szkolnych”, Wynika z tego wniosek o nieustannym pogrążaniu się szkół średnich, trwającym od lat – zdawałoby się, że dno już zostało osiągnięte, a tymczasem można się jeszcze bardziej pogrążyć. (Przypomina mi to ocenę sytuacji chłopów polskich w systemie folwarczno-pańszczyźnianym, którzy przez cztery wieki, z każdym rokiem coraz bardziej głodowali, aż ulgą byłoby przyjęcie do wiadomości faktu, że ich męki wreszcie się skończyły i wszyscy wymarli).

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>